czwartek, 30 kwietnia 2009

Majowka...

...hmmm... najczesciej spedzalem ja na uroczej warminskiej ziemi, nad jeziorem Gim, w Nowej Kaletce na dzialce u przyjaciol - Karpie, pozdrawiam! :). W tym roku niestety tam nie dotre... 
Plan natomiast jest taki, zeby spakowac kilka rzeczy do plecaka, kupic 5-cio dniowy karnet na rejsy miedzy wyspami (tzw. "island hopping") i siup... odpoczac troche, codziennnie w innym miejscu ;)

wtorek, 28 kwietnia 2009

Fontanny...

...zaczynaja juz dzialac. Bardzo mnie to cieszy. Lubie wszelkie fontanny, wodospady i inne kaskady... Lubie wode w kazdej postaci. No, prawie w kazdej.




poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Kolejny weekend...

...przeszedl do pamieci. W piatek maly rajd po zaglebiu klubowym na Södermalm. Very nice, I like it ;)


Sobota - grill nad woda z polska ekipa. Chlopaki wyciagneli z wody najwiekszego szczupaka jakiego w zyciu widzialem. Niezle nygusy hehe... zabawa byla przednia.


A niedziela pod znakiem leniwej przejazdzki samochodem po okolicy STHLM. Oczywiscie do mojego ulubionego Saltsjöbaden tez zawitalem ;)


Aaaa... bylbym zapomnial, dostalem grilla od sasiada-wlasciciela domu, w ktorym mieszkam. Yeah! :)




I jeszcze widoczek "mojego" podworka... Lexusy nie moje niestety hehe...

piątek, 24 kwietnia 2009

Slonce...

...jest wrecz ubostwiane przez moich nowych znajomych ;) Jak na moje oko (a nie jestem jakims tam zmarzluchem) to na krotkie spodenki i tiszert troche jeszcze za wczesnie. Ale ja sie pewnie nie znam. Kilka szybkich telefonicznych fotek z dzisiejszego lanczu. Ludzie tlumnie wylegaja na ulice, do parkow, leza na trawie... wiosna, prawie lato... ;)





środa, 22 kwietnia 2009

Nordic Light...

...again. Breakdown day... Pewnie przez pogode. Chodzę i mysle a staram się nie myśleć. Mysle znaczy jestem, nie mysle to mnie nie ma, a jeśli mnie nie ma to czemu ciągle ktoś zawraca mi głowę....

A może by tak.... Może by tak zostawić to wszystko? Może sprzedać, rozdać wszystko to czego sie "dorobilem"? Niewiele tego. Jak mawia moja mama "synu twój majątek to te dwie walizki"... i ma racje ;) Ale gdyby tak... podziękować wszystkim i wynieść sie, wyjechać, uciec? Do Indii... albo Nepalu. Jeszcze niedawno myślałem "Nepal", ale dziś tak tęsknię za słońcem i ciepłem ze może jednak Indie? Ciągle mam w pamięci wszystkich tych ludzi zyjacych na ulicy. Czesto z wyboru.  Biednych a jakże bogatych. Nie mających nic a szczęśliwych. Usmiechnietych. Jak oni to robią? Jak??
Goa? Kerala? A może Andamany? Tak, Andamany...
Nie mówię, ze na zawsze., bo tak sie nie da... ale na czas jakiś...? Takie dłuższe wakacje, taka przerwa, chill out, reset totalny... Może? Przecież zawsze chciałem. A jeśli nie teraz to kiedy? No kiedy?

To tak z serii przemyśleń przy kominku w Nordic Light. Mojej ulubionej knajpie w centrum. Zawsze lubiłem patrzeć w ogień....

Sent from my iPhone

niedziela, 19 kwietnia 2009

Hagaparken na rowerze...

...dzis zwiedzilem. To taki mniej wiecej odpowiednik Warszawskich lazienek, tyle ze wiekszy... ale mniej urodziwy ;) Wialo strasznie...








Rezerwat Stendörren...

...zwiedzilem sobie w miniona sobote. Jako, ze dzieki swoim 4 kolkom jestem bardziej mobilny, mam szanse poznac miejsca nieco dalsze niz najblizsze okolice Sztokholmu. A wiec chwila szperania w necie, szybka decyzja i po godzinie bylem na miescu - 100 km od domu. To mi pasuje - idealne, rowne jak stol autostrady i zero korkow :) Rezerwat okazal sie miejscem bajkowej wrecz urody. Urzeka pieknem wysepek, zatoczek, skalek, mostkow, kladek, drewnianych stolow piknikowych i miejsc ogniskowo-grillowych. Chyba bede czesciej tu zagladal.












Swieta...

...Swieta i po swietach. Wilekanoc w Polsce szybko zleciala, zgodnie z zasada, ze wszystko co dobre szybko sie konczy. Ale bylo dobrze, sobota - melanz na miescie z przyjaciolmi, reszta dni w waskim ale cieplym gronie rodzinnym. Tego bylo mi trzeba.

Po swietach moglem wreszcie zabrac z PL swoje auto. Nie swiadom zupelnie tego co czeka mnie na promie ;) Wracalem bowiem z 3 lub 4 setkami polskich "fachowcow" wracajacych ze swiat do pracy i umilajacych sobie 19-to godzinny rejs z Gdanska do Nynäshamn, zawodami w jak najszybszym sponiewieraniu sie tanim alko ze sklepu wolnoclowego. Smiechu bylo co niemiara. Ale przezylem :)









piątek, 10 kwietnia 2009

No dobra...

Czas wydusic kilka slow z klawiatury. Jest przedwielkanocny piatek, dzien w Szwecji ustawowo wolny od pracy. Mam wiec chwile, zeby nadrobic zaleglosci. Niewiele ostatnio pisalem, to prawda, ale i nie bardzo bylo o czym. Pracy w pracy coraz wiecej. Nie zeby od razu tyle co w Polsce, ale jednak sporo sie dzieje. I dobrze. Mniej czasu na bezmyslne przenoszenie wzroku z kubka z kawa na monitor i spowrotem, lub przywolywanie w pamieci zdarzen minionych, niekoniecznie wartych wspominania. Dni coraz cieplejsze, wiec zdecydowana wiekszosc przerw lanczowych spedzam na lawce w parku, w towarzystwie jogurtu ze zmielonymi ziarnami zboz i kanapka, ktorej calkiem spora czesc dostaja zaprzyjaznione ptaki. 

Jest calkiem milo. Lekki wiatr od wody, slonce swiecace w twarz, ktoras z moich ulubionych plyt w sluchawkach. Mozna zapomniec o tym, ze jest sie w pracy, mozna zapomniec o wielu rzeczach...






W zeszly czwartek i piatek mialem przyjemnosc poimprezowac troche z ludzmi z pracy. Pokazali mi kilka nowych niezlych knajp na miescie. Pozytywnie. Imprezy nie tak energetyczne jak zwykly byc w Polsce, ale nie narzekam. Czwartek pod znakiem szwendactwa knajpianego, natomiast piatek to urodzinowa domowka na calkiem spora ilosc osob, jadla i napitku. Fajnie, cos sie dzialo...








W sobote, tradycyjnie przejechalem sie za miasto. Tym razem celem byla kolejna wyspa, kolejna ostatnia stacja miejskiej kolejki i kolejne mile miejsce nad woda - Gåshaga Brygga. Przyjemnie popatrzec jak mieszkaja tu ludzie. Bardzo sympatyczne, niewysokie apartamentowce z przeszklonymi tarasami, nad sama woda, klimatyczna knajpka, przystan z miejscem na lodz dla kazdej rodziny. Milo, calkiem milo. Nie powiem...








A dzis... lazy day. Sprzatnalem troche mieszkanie, obejrzalem dwa filmy Almodovara i poszedlem na spacer. Nad jezioro. Nad swoje jezioro. Bardzo ladne. I bardzo zmienione od ostatniego czasu kiedy sie nad nim przechadzalem. Przyroda obudzila sie do zycia. Na dobre. Z niesamowita energia. Szarobrazowa burowatosc ustapila zdecydowanie pola zywej, swiezej zieleni. W koronach licznych drzew, w krzakach i trzcinach gwar i halas. Ale niemeczacy halas. Przyjemny, kojacy wrecz zmysly swoim naturalnym chaosem. Wszelkie ptactwo dokazuje az milo popatrzec. Szkoda, ze nigdy specjalnie nie interesowalem sie ornitologia bo wiedzialbym jak nazwac te wszystkie smiesznie przygladajace mi sie oczy i dzioby. Przed chwila  jakis gosc przyszedl z torba nalesnikow. Ha... co sie dzialo! Istny armageddon. Pierwsza byla para kaczek, bo akurat tanczyly jakis godowy najprawdopodobniej taniec-plumkaniec. Nienerwowo, aczkolwiek dosc lapczywie polykaly kawalki plackow. Nie trzeba bylo dlugo czekac na holote, bo tam musze nazwac silna ekipe mew, ktora zaatakowala z pobliskiej wyspy-kepy traw. Po kilku minutach byl juz totalny kociol. Kaczki, ogromne labedzie, mewy, eee... hmmm.... yyy... no rozne takie tam latajace stwory ze skrzydlami i dziobami - mowilem, ze sie nie znam ;) Niektore wielkosci labedzi, tylko bardziej kolorowe, inne podobne do kaczek, ale czarne z bialym irokezem na glowie, kolejne.. dziwolagi, chodzace wyprostowane niczym ubodzy kuzyni pingwinow. Najsmieszniejszy byl jeden potargany pacjent. Tez podobny do kaczki, ale taki bardziej kudlaty, czarny, z szarym afro na glowie. Najwyrazneij nie mial zbyt wielkiego posluchu wsrod skrzydlatej braci bo nawet najmniejsze ptaszydla staraly mu sie wyrwac kawalki nalesnikow z dzioba. Okazal sie jednak calkiem niezlym nurkiem, bo w chwilach ataku nurkowal i wyplywal po naprawde dlugim czasie, jakies 20 metrow od bitwy. Az sie zaczalem martwic czy sie nie utopilo biedaczysko. No dobra... dosc o ptakach, bo widze, ze poplynalem troszeczke he he...






Tak czy inaczej.. fajnie miec takie miejsce tak blisko od domu. Fajnie w takim wlasnie miejscu odetchnac po pracy, przejsc sie, przysiasc na jednej z licznych lawek, czy na pniu nad woda i... zresetowac troche zmeczony umysl. Fajnie, fajnie... fajnie? W sumie nie jestem pewien. Moze nie pownienem tam za czesto chodzic. Bardzo duzo widze szczesliwych, usmiechnietych ludzi z psami. A mojego czerwonego diabla brakuje mi chyba najbardziej..............