piątek, 10 kwietnia 2009

No dobra...

Czas wydusic kilka slow z klawiatury. Jest przedwielkanocny piatek, dzien w Szwecji ustawowo wolny od pracy. Mam wiec chwile, zeby nadrobic zaleglosci. Niewiele ostatnio pisalem, to prawda, ale i nie bardzo bylo o czym. Pracy w pracy coraz wiecej. Nie zeby od razu tyle co w Polsce, ale jednak sporo sie dzieje. I dobrze. Mniej czasu na bezmyslne przenoszenie wzroku z kubka z kawa na monitor i spowrotem, lub przywolywanie w pamieci zdarzen minionych, niekoniecznie wartych wspominania. Dni coraz cieplejsze, wiec zdecydowana wiekszosc przerw lanczowych spedzam na lawce w parku, w towarzystwie jogurtu ze zmielonymi ziarnami zboz i kanapka, ktorej calkiem spora czesc dostaja zaprzyjaznione ptaki. 

Jest calkiem milo. Lekki wiatr od wody, slonce swiecace w twarz, ktoras z moich ulubionych plyt w sluchawkach. Mozna zapomniec o tym, ze jest sie w pracy, mozna zapomniec o wielu rzeczach...






W zeszly czwartek i piatek mialem przyjemnosc poimprezowac troche z ludzmi z pracy. Pokazali mi kilka nowych niezlych knajp na miescie. Pozytywnie. Imprezy nie tak energetyczne jak zwykly byc w Polsce, ale nie narzekam. Czwartek pod znakiem szwendactwa knajpianego, natomiast piatek to urodzinowa domowka na calkiem spora ilosc osob, jadla i napitku. Fajnie, cos sie dzialo...








W sobote, tradycyjnie przejechalem sie za miasto. Tym razem celem byla kolejna wyspa, kolejna ostatnia stacja miejskiej kolejki i kolejne mile miejsce nad woda - Gåshaga Brygga. Przyjemnie popatrzec jak mieszkaja tu ludzie. Bardzo sympatyczne, niewysokie apartamentowce z przeszklonymi tarasami, nad sama woda, klimatyczna knajpka, przystan z miejscem na lodz dla kazdej rodziny. Milo, calkiem milo. Nie powiem...








A dzis... lazy day. Sprzatnalem troche mieszkanie, obejrzalem dwa filmy Almodovara i poszedlem na spacer. Nad jezioro. Nad swoje jezioro. Bardzo ladne. I bardzo zmienione od ostatniego czasu kiedy sie nad nim przechadzalem. Przyroda obudzila sie do zycia. Na dobre. Z niesamowita energia. Szarobrazowa burowatosc ustapila zdecydowanie pola zywej, swiezej zieleni. W koronach licznych drzew, w krzakach i trzcinach gwar i halas. Ale niemeczacy halas. Przyjemny, kojacy wrecz zmysly swoim naturalnym chaosem. Wszelkie ptactwo dokazuje az milo popatrzec. Szkoda, ze nigdy specjalnie nie interesowalem sie ornitologia bo wiedzialbym jak nazwac te wszystkie smiesznie przygladajace mi sie oczy i dzioby. Przed chwila  jakis gosc przyszedl z torba nalesnikow. Ha... co sie dzialo! Istny armageddon. Pierwsza byla para kaczek, bo akurat tanczyly jakis godowy najprawdopodobniej taniec-plumkaniec. Nienerwowo, aczkolwiek dosc lapczywie polykaly kawalki plackow. Nie trzeba bylo dlugo czekac na holote, bo tam musze nazwac silna ekipe mew, ktora zaatakowala z pobliskiej wyspy-kepy traw. Po kilku minutach byl juz totalny kociol. Kaczki, ogromne labedzie, mewy, eee... hmmm.... yyy... no rozne takie tam latajace stwory ze skrzydlami i dziobami - mowilem, ze sie nie znam ;) Niektore wielkosci labedzi, tylko bardziej kolorowe, inne podobne do kaczek, ale czarne z bialym irokezem na glowie, kolejne.. dziwolagi, chodzace wyprostowane niczym ubodzy kuzyni pingwinow. Najsmieszniejszy byl jeden potargany pacjent. Tez podobny do kaczki, ale taki bardziej kudlaty, czarny, z szarym afro na glowie. Najwyrazneij nie mial zbyt wielkiego posluchu wsrod skrzydlatej braci bo nawet najmniejsze ptaszydla staraly mu sie wyrwac kawalki nalesnikow z dzioba. Okazal sie jednak calkiem niezlym nurkiem, bo w chwilach ataku nurkowal i wyplywal po naprawde dlugim czasie, jakies 20 metrow od bitwy. Az sie zaczalem martwic czy sie nie utopilo biedaczysko. No dobra... dosc o ptakach, bo widze, ze poplynalem troszeczke he he...






Tak czy inaczej.. fajnie miec takie miejsce tak blisko od domu. Fajnie w takim wlasnie miejscu odetchnac po pracy, przejsc sie, przysiasc na jednej z licznych lawek, czy na pniu nad woda i... zresetowac troche zmeczony umysl. Fajnie, fajnie... fajnie? W sumie nie jestem pewien. Moze nie pownienem tam za czesto chodzic. Bardzo duzo widze szczesliwych, usmiechnietych ludzi z psami. A mojego czerwonego diabla brakuje mi chyba najbardziej..............



4 komentarze:

  1. wujek noramalnie zajebiscie:)!

    andy

    OdpowiedzUsuń
  2. ha! i życie nabiera tempa:-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Powiem ci akme, ze na poczatku ci troche zazdroscilem, wkrecil mi sie klimat powrotu w tamte strony, ale jednak mimo wszystko wole nasza syfiasta ale swojska polsze :D Sverige to jednak byl inny swiat do ktorego nigdy nie pasowalem.

    pzdr

    cynik

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej Cyniq :)
    Calkiem sporo slysze takich glosow. Ludzie tesknia za polskim pierdolnikiem. Zobaczymy jak bedzie ze mna za rok...

    Heh, do Krakowa bym sie wybral ;)

    zdrowka!

    OdpowiedzUsuń